Jestem mamy i taty. Zawsze, ale to zawsze. Nawet po rozwodzie

Rozwody w Polsce w latach 2001-2012
Rozwody w Polsce w latach 2001-2012 Opracowanie własne na podstawie danych GUS
W Polsce rozwodzi się 65 000 par rocznie. Liczba ta od kilku lat utrzymuje się na podobnym poziomie, a większość rozwodów to prawdziwe dramaty rodzinne. Presja otoczenia powoduje, że małżonkowie czekają z decyzją o rozstaniu do ostatniej chwili, kiedy już poziom konfliktu i negatywnych emocji sięga zenitu. Jeśli małżeństwo posiada dzieci, to one są najbardziej poszkodowane, bo często stają się narzędziem w rękach odgrywających się na sobie rodziców.

Problem dostrzega Rzecznik Praw Dziecka, który prowadzi obecnie kampanię "Jestem mamy i taty". Ma ona na celu uświadomienie rodzicom, że dziecko zawsze powinno mieć prawo do kontaktu z obojgiem rodziców. To bardzo potrzebna kampania.



Zjawisko występowania rozwodów jest przez większość komentatorów postrzegane jednoznacznie negatywnie. Bo ból związany z rozstaniem, bo niedojrzałość społeczna rozwodników, bo niedotrzymanie przysięgi małżeńskiej, bo dzieci, które cierpią najbardziej... Nie zgadzam się z takim podejściem. Rozwód to trudny proces, ale w niektórych przypadkach jest jedynym możliwym wyjściem.

Jeżeli małżeństwo nie ma dzieci, a przez kolejne lata nie może porozumieć się i stworzyć satysfakcjonującej relacji, rozwód wydaje się naturalnym rozwiązaniem. Oczywiście wiele osób będzie się męczyć przez całe życie ze względu na presję społeczną, potępienie ze strony rodziny lub proboszcza. Dzieje się tak szczególnie często w małych miastach i na wsiach, gdzie nie chroni ludzi wielkomiejska anonimowość. Z takimi wyborami trudno polemizować. Jeżeli ktoś widzi sens w umartwianiu się przez trwanie w nieudanym związku, to ma do tego pełne prawo. Ale jeśli przez kilka lat nie udaje się zbudować dobrej relacji, to można zakończyć małżeństwo rozwodem i poszukać szczęścia gdzie indziej. Szczególnie, jeśli nie mamy dzieci.

A co w wypadku, gdy między małżonkami układa się bardzo źle, przez lata nie udaje się tej sytuacji zmienić, ale rodzina doczekała się już dzieci?
Zdaniem Kościoła katolickiego powinno się trwać w związku w imię szczęścia dzieci. Obrońcy instytucji małżeństwa na ogół nie podają żadnych argumentów, przyjmując za oczywiste przykazania religijne lub zagrożone dobro najmłodszych. Czasem powołują się na wyniki badań porównujących funkcjonowanie dzieci z rodzin rozwiedzionych i dzieci wychowanych w pełnych rodzinach. Fundamentalnie nie zgadzam się z taką argumentacją.

Wyniki badań faktycznie wskazują na nieznaczne różnice między dziećmi rodziców rozwiedzionych i pozostających w związku, na korzyść tych ostatnich oczywiście. Jednak to zestawienie jako argument na rzecz trwania w nieudanym małżeństwie jest nadużyciem. To tak, jakby porównywać długość życia osób, które przeszły operację raka z długością życia wszystkich osób (zdrowych i chorych na raka), które takiej operacji nie przeszły. Średnia długość życia w grupie operowanych będzie krótsza – ponieważ w drugiej grupie większość stanowią osoby zdrowe. Czy jednak uzasadnia to nie poddanie się operacji, gdy jest się chorym? Chcąc oszacować skuteczność operacji chirurgicznej powinno się porównać wyniki osób chorych na raka, które się na nią zdecydowały, z wynikami osób również chorych na raka, które albo nic nie robiły, albo poddały się innym formom leczenia.

Małżeństwo też czasem toczy swoisty rak, którego przez lata nie udaje się pokonać. Rozwód w tej sytuacji jest ostatecznym wyjściem, operacją. Jej wpływ na dzieci można oszacować porównując rozwój dzieci rozwiedzionych rodziców z rozwojem dzieci wychowywanych przez najbardziej skonfliktowanych rodziców, którzy - ze względów religijnych lub moralnych – trwają w toksycznym małżeństwie „dla dobra dzieci”. Wyniki badań wskazują, że występowanie konfliktów w małżeństwie pozwala lepiej przewidywać trudności adaptacyjne dzieci niż sam rozwód lub konflikty z nim związane. Małżonkowie, którzy potrafią się rozwieść w miarę zgodnie, mają szanse pokazać swoim dzieciom, że każdemu zdarza się podjąć błędną decyzję w ważnej życiowej kwestii, jaką jest wybór partnera. I – co ważniejsze – służą przykładem, jak sobie z taką sytuacją możliwie najlepiej poradzić.

W Polsce zgodny rozwód to jednak rzadkość. Społeczna i religijna presja na trwanie w małżeństwie jest tak silna, że zazwyczaj decyzja o rozwodzie następuje dopiero wtedy, gdy natężenie negatywnych emocji jest ogromne, a małżonkowie ledwo mogą na siebie patrzeć. Rozwody zbyt często przebiegają w atmosferze wielkiego konfliktu, wzajemnych pretensji i dbania tylko o własne interesy. Ten styl rozstań nie służy ani dzieciom, ani dorosłym. W Polsce średni staż par kończących swój formalny związek to 14 lat. W około 70% przypadków z pozwem występuje kobieta. Często - dopiero po latach fizycznej i psychicznej agresji ze strony małżonka, gdy czuje, że jest już u kresu wytrzymałości. Bo wcześniej myślała o tym, co powie rodzina, sąsiedzi, ksiądz. Bała się, że nie poradzi sobie ekonomicznie. Od urodzenia słyszała, że rolą kobiety jest trwanie przy mężczyźnie, że rozwód w rodzinie to wstyd.

Żeby było jasne: uważam, że dzieci powinny wychowywać się w pełnych i szczęśliwych rodzinach. Ale twierdzę również, że nie zawsze jest to możliwe, a w wielu przypadkach, tych najtrudniejszych, lepiej jest skrócić cierpienie sobie i dziecku, podejmując decyzję o rozwodzie. Bez oglądania się na to, co ludzie powiedzą. Taka postawa nie gwarantuje zmiany na lepsze, ale chociaż daje na nią nadzieję. A jeśli już decyzję o rozstaniu podejmiemy, to pamiętajmy, że dziecko - nawet po rozwodzie - nie przestanie potrzebować obojga rodziców. Bo jest mamy i taty. Zawsze, ale to zawsze.
Trwa ładowanie komentarzy...