Umowy śmieciowe znów na cenzurowanym. Czy tym razem coś się zmieni?

Polski rząd od wielu lat podobno toczy walkę z nieprawidłowym stosowaniem umów cywilnoprawnych, czyli zatrudnianiem w oparciu o tzw. umowy śmieciowe. Jak dotąd dużo o tym mówił, ale niewiele robił, aby ograniczyć skalę zjawiska. Na przykład przed dwoma laty minister Boni zaproponował wprowadzenie obowiązkowych składek emerytalnych nawet od umów o dzieło, jeśli byłaby to jedyna forma wykonywania pracy. Wówczas na zapowiedziach się skończyło. Teraz temat powrócił. I znów słyszymy, że „tym razem już naprawdę” pewne zmiany zostaną wprowadzone. Na pierwszy ogień mają pójść umowy-zlecenia.

Projekt dodatkowego oskładkowania umów-zleceń jest właściwie gotowy. Rząd zapowiada, że zajmie się nim na najbliższych posiedzeniach i już wkrótce zapłacimy wyższe składki. Po wejściu zmian w życie konieczne będzie odprowadzanie składki emerytalnej, zdrowotnej i rentowej od wszystkich umów-zleceń, do czasu, gdy ich łączna miesięczna wartość przekroczy wysokość płacy minimalnej, czyli 1680 zł.



Do tej pory pracownicy zatrudnieni na kilka umów-zleceń mogli wybrać tylko jedną z nich. Tę, od której chcieli odprowadzać składki. Część osób podpisywało więc pierwszą umowę na niską kwotę (np. 500 zł) i od tej sumy były pobierane składki. Kolejne umowy, nawet na dużo wyższe kwoty, pozostawały nieoskładkowane. Rząd chce to zmienić. Jako oficjalny powód podaje chęć zrównania konkurencyjności zatrudniania w oparciu o etat i na umowę-zlecenie. Po wprowadzeniu zapowiadanych poprawek pracodawcy mają częściej proponować kandydatom etat. Prawdziwy powód zapowiadanych zmian jest jednak bardziej prozaiczny: rząd próbuje ratować niewydolny system ubezpieczeń społecznych, który coraz bardziej trzeszczy w szwach.

Z propozycji rządu cieszą się związki zawodowe. Zakładają, że te zmiany wpłyną korzystnie na wysokość przyszłych emerytur młodych ludzi, którzy często wybierają umowę-zlecenie na początku współpracy z pracodawcą. Przeciwnicy umów śmieciowych powiedzą z oburzeniem, że młodzi są do tego przymuszani. Prawda jednak leży gdzieś pośrodku.
Zawarcie nieoskładkowanej umowy (zlecenia, o dzieło) ma dobre strony zarówno dla pracodawców, jak i pracowników. Dla pierwszych ważna jest elastyczność zatrudnienia i brak długoterminowych zobowiązań w niepewnych czasach. Dla pracownika podstawową zaletą jest atrakcyjna stawka, którą dostaje „na rękę” – pracodawca może bowiem podwyższyć takie wynagrodzenie o wysokość składek emerytalnych, których nie musi odprowadzać do ZUS. Dlatego wielu ludzi chętnie korzysta z tej formy współpracy. Poza tym, przy braku doświadczenia zawodowego, elastyczność na rynku pracy jest podstawowym atutem młodych.

Niektóre czynności zawodowe można wykonywać zarówno w oparciu o umowę o pracę, jak i umowę-zlecenie lub o dzieło. Czasem pracodawcy dają kandydatom wybór: praca na etat za niższą stawkę netto lub umowa cywilnoprawna za wyższe wynagrodzenie. Rząd chce odebrać taką możliwość i ma swoje racje. Warto jednak postawić sprawę jasno: to dobre dla przyszłego budżetu państwa i podratuje niewydolny system ubezpieczeń społecznych. Ale wielu młodym ludziom utrudni start zawodowy. Proponowana zmiana spowoduje, że trudniej będzie zdobyć pierwsze szlify zawodowe. Czy ułatwi zdobycie etatu? Wątpliwe.

Pracodawcy, tak jak dotąd, będą skłonni zatrudniać na etat osoby z doświadczeniem. Umowy cywilnoprawne ze względu na ich elastyczność pozostaną popularne, tylko mniejsza część wynagrodzenia trafi do kieszeni pracowników. To będzie bardziej sprawiedliwe społecznie, ale ma niewiele wspólnego z poprawą sytuacji młodych ludzi na rynku pracy.

A może cały szum wokół planowanych zmian nie ma sensu, bo skończy się jak zwykle tylko na zapowiedziach? Rząd niektóre sfery naszego życia zmienia tak, żeby wszystko pozostało po staremu. Oprócz walki z umowami śmieciowymi należą do nich także reforma służby zdrowia i unormowanie stosunków państwo-Kościół, z likwidacją Funduszu Kościelnego na czele. A sensowne zmiany w tych obszarach są bardzo potrzebne. Od zaraz.
Trwa ładowanie komentarzy...