Opodatkujmy pary, które nie chcą mieć dzieci. Pomysł od rzeczy

Za sprawą tekstu Tomasza Terlikowskiego, redaktora naczelnego Fronda.pl i publicysty "Do Rzeczy", powrócił w debacie publicznej temat zachęcania Polaków do prokreacji. Padła propozycja opodatkowania "pasożytniczych" par, które świadomie nie chcą mieć dzieci. Wszystko po to, aby zmotywować społeczeństwo do posiadania większej liczby potomków. Czy ma to sens? Czy naprawdę w Polsce rodzi się zbyt mało dzieci?

W dyskusji na temat niskiego przyrostu naturalnego często wysuwa się argument ekonomiczny. Jeśli będzie się rodziło mniej dzieci, to w przyszłości nieliczne pokolenie pracujących będzie musiało utrzymywać rzeszę osób starszych. Ale to tylko jedna strona medalu.



Po pierwsze, niższy przyrost naturalny oznacza, że relatywnie zwiększa się liczba osób w wieku produkcyjnym w stosunku do osób poniżej 18. roku życia. Maleją więc przypadające na jednego zatrudnionego wydatki na osoby w wieku przedprodukcyjnym. Warto przy tym pamiętać, że nasze łączne wydatki na osoby w wieku przedprodukcyjnym są wyższe niż nakłady na osoby w wieku poprodukcyjnym. Składają się na nie zarówno wydatki, jakie ponoszą rodzice na utrzymanie dzieci, jak i wydatki publiczne związane z edukacją i ochroną zdrowia. Zatem w przypadku niższego przyrostu naturalnego zmniejszają się środki, jakie ludzie w wieku produkcyjnym muszą odłożyć na najmłodsze i najstarsze pokolenie.

W przyszłości przy utrzymującym się niskim przyroście naturalnym zmieni się więc tylko struktura obciążenia osób pracujących. Zwiększy się łączny poziom wydatków na osoby starsze, ale zmniejszą się wydatki na osoby młode. Kwota, jaką obecne dzieci będą mogły przeznaczyć na zaspokojenie własnych potrzeb, nie ulegnie zmniejszeniu. Nawet się zwiększy. Dlaczego? Aby poznać odpowiedź na to pytanie, przejdźmy do drugiej korzyści z niskiego przyrostu naturalnego.

Niższy przyrost naturalny spowoduje, że w przyszłości na jednego pracownika przypadać będzie więcej kapitału, czyli m.in. maszyn, fabryk, pól uprawnych. Wzrośnie więc wydajność pracowników. Każdy pracownik będzie mógł wytworzyć więcej. Aby to zilustrować, załóżmy, że polska gospodarka to firma budowlana, która zatrudnia 20 pracowników i ma określony kapitał, np. 10 koparek i 10 łopat. Średnia wydajność znajduje się w pół drogi pomiędzy wydajnością kopania łopatą i koparką. Przy niższym przyroście naturalnym będzie nas mniej - tylko 10 pracowników. Każdy będzie mógł pracować koparką. Zatem wydajność pracy wzrośnie. Przy wyższej wydajności pracownicy będą więcej zarabiać i ich sytuacja się polepszy. O takim wpływie przyrostu naturalnego na produktywność informuje najsłynniejszy wśród ekonomistów model wzrostu gospodarczego, tzw. model Solowa. W debacie o zmianach demograficznych praktycznie nikt o tym nie wspomina.

Przyjrzyjmy się teraz trzeciej korzyści, jaką nasze dzieci odniosą w przyszłości z niższego przyrostu naturalnego. Średnio każde z nich więcej po nas odziedziczy. Więcej mieszkań, gospodarstw, samochodów po bezdzietnych wujkach i ciociach. Wróćmy na chwilę do naszej firmy budowlanej. Załóżmy, że prowadzi ją dwóch braci, a tylko jeden z nich ma dziecko. Czy to, że w przyszłości będzie ono przez pewien czas utrzymywać wujka na emeryturze, by potem stać się właścicielem całej firmy, jest taką złą perspektywą? Nie wiemy. Ale zapewne znaczna część z nas byłaby gotowa podjąć taki wysiłek.

Czwarta grupa korzyści to ułatwiony dostęp do dóbr, których nie można w prosty sposób wyprodukować. Dotyczy to na przykład dobrze usytuowanych mieszkań i atrakcyjnych działek budowlanych - z odpowiednią infrastrukturą, blisko centrów dużych miast. Podobnie jest z zatłoczeniem na polskich drogach. Obecnie liczba samochodów w naszym kraju systematycznie rośnie. Infrastruktura drogowa nie nadąża za tym przyrostem. W Warszawie, jednym z nielicznych miast w Polsce, w którym liczba mieszkańców nie spadła w ostatnich latach, coraz trudniej jest poruszać się po drogach (nie tylko samochodem). Ma to wpływ zarówno na produktywność, jak i na ogólną jakość życia.

Dlatego nie ma sensu ostrzeganie przed katastrofalnymi skutkami niezbyt wysokiej dzietności w Polsce. W ostatnich latach obserwujemy w naszym kraju okresowe wahania liczby ludności, które są naturalnym zjawiskiem. Ludzie, jak zresztą wszystkie inne gatunki zwierząt, chętniej rozmnażają się w sprzyjających warunkach środowiskowych. Dla nich przede wszystkim liczy się stabilna sytuacja społeczno-gospodarcza kraju, w którym żyją. W czasie ostatniego kryzysu gospodarczego w wielu europejskich państwach odnotowano spowolnienie przyrostu ludności, co jest zdrową reakcją społeczeństwa. Polacy zachowali się racjonalnie. Nie decydowali się na dzieci, gdyż nie byli przekonani, że będą w stanie je utrzymać. Brawa dla rozsądku Polaków! Na marginesie warto dodać, że mimo kryzysu w ciągu ostatnich pięciu lat w naszym kraju odnotowywano dodatni rzeczywisty przyrost ludności.

W obecnej sytuacji zachęcanie społeczeństwa do patriotycznej prokreacji może wręcz przynieść skutki odwrotne do tych, o jakich mówią politycy. Najgorzej bowiem przedstawia się przyszłość pokolenia niżu demograficznego, przed i po którym występował wyż. Właśnie to pokolenie weźmie na siebie wysiłek utrzymania zarówno efektów własnej wzmożonej prokreacji w postaci licznego najmłodszego pokolenia, jak i jeszcze liczniejszej rzeszy emerytów.

Jedynym istotnym problemem mniejszej liczby dzieci jest obecny system emerytalny, który zakłada, że na świadczenia emerytów powinno zarobić pokolenie ludzi pracujących. Sztywne trzymanie się systemu, z którego wynika, że w liczbie ludności nigdy nie może następować jakikolwiek spadek, jest społecznie szkodliwe. Tak samo jak namawianie ludzi, w imię trwałości tego systemu, do patriotycznej prokreacji. Czy naprawdę motywacją do rodzenia dzieci powinna być troska o trzeszczący w szwach system wypłacania emerytur w Polsce? O wiele lepiej jest wprowadzić w nim odpowiednie zmiany.

Propozycja opodatkowania bezdzietnych par wysunięta przez publicystę "Do Rzeczy" jest więc z ekonomicznego i społecznego punktu widzenia jest nieco "od rzeczy". Na szczęście małe są szanse, że wejdzie w życie.

Autorzy:
dr Rafał Jaros - prezes zarządu agencji badawczej INSE Research
dr hab. Piotr Krajewski - adiunkt w Instytucie Ekonomii Uniwersytetu Łódzkiego, były doradca ministrów finansów: Jarosława Bauca i Andrzeja Raczko
Trwa ładowanie komentarzy...